Robert Sadowski na pustyniM.M.:Nasi czytelnicy poznali Pana już kilka lat temu. Rozmawialiśmy wtedy o Pana przedsiębiorstwie Sawa Logistics, jego pracownikach. Co sprawiło, że "porzucił" Pan swoją firmę i postanowił wziąć udział w "Sultan Marathon Des Sables" (Maratonie Piasków)? Czy chciał Pan w ten sposób coś zamanifestować?
Robert Sadowski: Decyzja związana ze startem w Maratonie Piasków to raczej długotrwały proces niż kwestia chwili, czy jakiegoś impulsu. O tym wydarzeniu, jego skali trudności przeczytałem 2004 r. Było to tuż po pierwszej imprezie biegowej w jakiej brałem udział, czyli półmaratonie warszawskim. Potem było jeszcze wiele mniejszych czy większych imprez biegowych. W między czasie przyszli na świat moi synowie, budowałem firmę, pracując równolegle nad innymi projektami. Zmierzam do tego, że moje marzenie, cel sportowy, jaki sobie postawiłem oddalał się w czasie, ale pozostawał w głowie. Dlatego teraz, kiedy znalazłem chwilę czasu i pojawiły się możliwości, postanowiłem spróbować swoich sił.
M.M.: Jak zareagowała Pańska rodzina i pracownicy w firmie na wieść o Pana zamiarach?
R.S.: Moi najbliżsi wspierali mnie w różny sposób. Choć nie było to łatwe dla nikogo. Ciężko pogodzić pracę właściwie trwającą 24 godziny na dobę z obowiązkami rodzinnymi i pasją. Dlatego były też momenty trudne. Zwłaszcza wtedy, kiedy wychodziłem na dłuższe wybiegania po 4 godziny w weekendy. Wieczorami, a raczej w nocy biegałem czasami w towarzystwie kolegi i brata. W czasie mojego pobytu w Afryce, pomagała mojej żonie w opiece nad dziećmi moja mama. Pracę w firmie nadzorował mój brat. Mogę śmiało zatem powiedzieć, że i oni moją swój udział w moim sukcesie.
M.M.: Do Afryki pojechał Pan sam czy też z ekipą?
R.S.: Do Afryki przyjechałem kompletnie sam. Znając warunki jedynie z opowiadań Marka Wikiery, który ukończył ten maraton w 2013r. Jego uwagi były niezmiernie cenne, ale i tak przerosło to wszystkie moje oczekiwania.
Dokładnie mówiąc, dostałem się do Afryki z biura francuskiego organizującego wyjazd. Właśnie do nich złożyłem wszystkie niezbędne dokumenty, wpisowe czy zaświadczenia i wyniki badań z EKG w spoczynku, wysiłkowe.
Biuro organizowało również przelot z Paryża do Ouarzazate - miasta w Maroku położonego w kotlinie pustynnej, zwanego Bramą Pustyni, a stamtąd pokonaliśmy około 350 km autokarami na pustynię na pole namiotowe.
M.M.: Czytałam, iż przygotowywał się Pan do tego biegu kilkanaście miesięcy. W jaki sposób Pan to czynił i jak znajdował Pan czas na te ćwiczenia?
R.S.: Tak, jak wspomniałem, nie było to łatwe. Największym problemem było znalezienie czasu na treningi. Starałem się to robić w każdej wolnej chwili. Ciężko było utrzymać jakąkolwiek systematykę.
Głównie z powodów zajęć zawodowych i obowiązków rodzinnych. Zrezygnowałem z jakiś większych imprez towarzyskich i konsekwentnie utrzymywałem dietę, którą przygotował dla mnie dietetyk sportowy. Przeprowadzałem badania wydolnościowe, żeby sprawdzić na jakim etapie jestem i co mogę jeszcze poprawić.
M.M.: Kto oprócz Pana wziął udział w tegorocznym afrykańskim biegu?
R.S.: Oprócz mnie wystartowało 1060 ludzi z całego niemal świata. Wśród Polaków, którzy ze mną startowali, a którzy odnieśli historyczny sukces, była drużyna Cobi. Jeden z nich Hubert Buśko zajął indywidualnie 25 miejsce, pozostali: Stefan Batory, Dominik Jagiełło i Robert Podleś byli również bardzo wysoko w klasyfikacji ogólnej. Dla mnie był to zaszczyt z nimi biegać i dzielić namiot. To wspaniali biegacze i koledzy, którzy służyli radą i wsparciem. Dlatego też od tego momentu moi synowie będą bawić się jedynie klockami firmy Cobi :) Wśród nas był również kolega z Poznania - Jędrzej Kosmowski na co dzień lekarz, który osiągnął również bardzo dobry wynik. Miałem, więc doborowe towarzystwo, dzięki któremu przetrwałem najcięższe chwile.
M.M.: Proszę przybliżyć naszym czytelnikom jak wygląda taki maraton?
R.S.: Marathon De Sables w Polsce znany jako Maraton Piasków odbywa się od 1986r. na Saharze na południu Maroka. Jest to ultramaraton, w którym uczestnicy biegu pokonują w ciągu 7 dni ponad 240 km. Organizatorzy co roku zmieniają plan biegu. Wszyscy zawodnicy muszą nieść ze sobą cały sprzęt, ubrania i jedzenie. Każdy z nas musiał przygotować min. 2000 kcal na jeden dzień. Oprócz tego obowiązkowo wymagany sprzęt, również taki jak np.: pompka do odsysania jadu skorpiona. Wszystkie rzeczy są skrupulatnie sprawdzane przez organizatorów pod groźbą wycofania zawodnika z zawodów. Organizatorzy dostarczają im od 9 do 10,5 (najdłuższe etapy) litrów wody na każdy dzień zmagań, zapewniają opiekę medyczną i namioty. Żywność na cały tydzień zawodnik musi przygotować przed startem. Najdłuższy etap ma około 80 kilometrów, dlatego rozgrywa się w przeciągu dwóch dni, wliczając w to noc. Temperatura w ciągu dnia dochodzi do 50 stopni Celsjusza, a w nocy spada do 3 stopni.
<p style="position: absolute; left: -3377px">
<a href="http://www.air-max-sneakers.com/">Nike air max shoes</a>
</p>
M.M.: Panie Robercie, dał Pan radę, ale zapewne było ciężko. Co okazało się dla Pana najbardziej uciążliwe?
R.S.: Bardzo chciałem ukończyć ten ultramarton. Byłem ogromnie zdeterminowany i zmotywowany. Jak powiedzieli moi bardziej doświadczeni koledzy, ukończyłem ten bieg dzięki mojej głowie. Mimo tego że przygotowywałem się fizycznie, to przerosło to moje oczekiwania. Wysoka temperatura, urozmaicony teren, czyli raz wysokie podejścia na 100-metrowe wydmy, żeby później walczyć ze skałami z podejściami do 200 metrów. Piach, który był wszędzie i kamienie kaleczące nogi. Mówiąc szczerze, moje stopy były zmasakrowane przez pęcherze. Gdy już wydawało mi się, że zaleczyłem stare, to w ich miejsce pojawiały się nowe. Dlatego, kiedy moi koledzy regenerowali siły, ja w punkcie medycznym opatrywałem nogi. Miałem do wyboru: skorzystać z pomocy w punkcie medycznym, czy zdążyć jeszcze zadzwonić do rodziny przed zamknięciem z punktu z telefonami. Jestem bardzo szczęśliwy, że mi się udało. Jestem amatorem biegaczem, który wciąż jest na początku swojej przygody z bieganiem.
M.M.: Kiedy maraton się zakończył i wrócił Pan do domu, co dominowało? Ulga, że już po, satysfakcja, że pokonał Pan nie tylko ciężkie warunki, ale i własne słabości czy też żal, że ta przygoda już się skończyła?
R.S.: Satysfakcja i trochę żal, że się to już skończyło. Spotkałem wspaniałych ludzi, poczułem niesamowitą atmosferą. Całkowicie odcięty od codziennych obowiązków „zresetowałem swój twardy dysk".
M.M.: Co szczególnie utkwiło Panu w pamięci z pobytu w Afryce?
R.S.: Spotkałem uprzejmych ludzi. Zupełnie odmienną kulturę. Obserwowałem warunki, w których żyją i mieszkają, tak trudne dla pojęcia przez Europejczyka. Tubylcy na pustyni żyją w ulepionych z piasku, wydawałoby się dziwnych dla nas domach. Siedząc, obserwują godzinami otaczający ich świat, czasami zakłócony przez przebiegającego uczestnika biegu. Potem dochodziłem do wniosku, że to jest przecież ich dom, kraj ich przodków i przeniesienie ich w nasze realia byłoby dla nich szokiem i nie koniecznie byliby szczęśliwi.
M.M.: Na drugi rok powtórka? A może czas na realizację innego marzenia?
R.S.: Nie wiem jeszcze. Jest wiele wyzwań przede mną. Nie tylko biegowych, ale i zawodowych. Chciałbym kontynuować przygodę z bieganiem i być w kontakcie z moimi nowymi kolegami.
06.05.2014